Marylin

O życiu, marzeniach i planach na przyszłość z największą Polską gwiazdą sceny gejowskiej MARYLIN, rozmawiała Lady Catherine.

Lady Catherine: W swojej karierze osiągnęłaś praktycznie wszystko o czym marzą inne DQ. Bez wątpienia jesteś postacią znaną i odbieraną niezwykle pozytywnie, zapraszaną na największe w Polsce imprezy gejowskie. Jakie zatem są twoje marzenia - te realne, do których dążysz i starasz się osiągnąć jak i te, które pozostają jedynie w sferze wyobraźni?

Marylin: Marzeniem, o którym mówię już od lat, to nagrać rzetelną płytę jako Marylin. Taką, którą będzie można normalnie kupić w „Empiku”, pokazać się z nią na targach muzycznych. Kolejnym marzeniem, do którego dążę wszelkimi siłami jest zgłoszenie do pro selekcji na Eurowizję. Swą pomoc zaoferowała mi duża grupa ludzi. Mogłoby się wydawać, że to marzenie jest nieosiągalne i pozostanie jedynie w sferze imaginacji. Myślę, że to nieprawda i jest ono ciągle realne. Chciałabym pojechać na Eurowizję, reprezentować Polskę jako Marylin - jako drag queen tak jak słoweńskie dziewczyny „Siestry” w 2002 roku no i jak transseksualistka Dana International w 1998 roku. Co jeszcze? Móc pracować, zarabiać tak, aby spokojnie starczało od pierwszego do pierwszego.

L.C.: Wyjazd na Eurowizję samemu czy z zespołem?

M.: Oczywiście marzy mi się pojechanie z całym zespołem chociażby po to, abyśmy w „zielonym pokoju” mogły się wszystkie złapać za ręce. Logiczną rzeczą jest, że do tego potrzebne są predyspozycje wokalne. Nie odmawiam żadnej z moich przyjaciółek tych predyspozycji, ale jedne mają większe inne mniejsze ambicje sceniczne. Są one jednak wszystkie dla mnie bardzo ważne i chciałabym mieć je wtedy przy sobie.

L.C.: Występujesz już 8 lat. Osiem lat cieszysz publiczność swoją osobą. Przez ten czas życie doświadczało Cię wielokrotnie. Ty jednak pomimo wszelakich przeciwności prężnie stawiasz czoła wszystkim kłopotom i problemom. Jaka jest zatem recepta na to, aby łączyć dwa wykluczające się światy: scenę i życie prywatne, które z założenia się wykluczają?

M.: Kiedyś mówiłam, że scena to najbardziej zazdrosny i najbardziej namiętny kochanek, ale z drugiej strony żeby na tej scenie trwać trzeba strasznie kochać ludzi. Kochać ten moment, kiedy to łapie się, choć najmniejszy dobry kontakt z drugą parą oczu. Jeśli w tych oczach zobaczy się kawałek nieba to wtedy mówi się: A co mi tam! Jeśli ta osoba mi wierzy to będę to robiła do końca świata i jeden dzień dłużej.

Wystąpił na imprezach: